Saturday, July 5, 2025

|CXCIII| Zmęczona

 It's late. I think in english.

English is safe. It's detached enough from my mind and emotions. It's rational, not emotional. But I have to get naked and give it up.

Mam w swoim łóżku mężczyznę, który jak twierdzi bardzo mnie kocha, jest przy mnie i mnie obejmuje, a ja jedyne co czuję to smutek, żal i ciężar. Nie sądziłam kiedykolwiek, że dotrę do tego miejsca w którym jestem. Już pomijając, że dałam kiedykolwiek komuś szansę i to już od pół roku działa. Czuję się winna, bo powinnam się tym po prostu cieszyć. A on nie powinien się martwić. Ale ja się dziś nie potrafię cieszyć, a on się martwi. Here we are.

Rok temu, w lipcu, w połowie lipca zaczęłam jebaną redukcję wagi. Temat niesie za sobą tyle ciężaru, wstydu, dumy, złości, smutki i wyrzeczeń, że nie jestem w stanie tego wcisnąć w jeden post. 

Wstydzę się, bo ludzie widzą, gratulują utraty 30 kilogramów, rzucają swoje wow i zastanawiają się jak ja to zrobiłam. A ja przez rok nie pozwalałam sobie żyć. Liczyłam kalorie z każdego posiłku, kombinowałam jak zaoszczędzić na każdym z nich i kalkulowałam na co mogę sobie pozwolić. Dzień w dzień. Dziś jak o tym myślę, zaciskają mi się szczęki od emocji. Jestem zmęczona. Zmęczona jestem, bo początek był prosty, poszło jak z płatka. Ważąc prawie 140 kilogramów, wystarczy jeść mniej i żyć dalej, a samo się zgubi. Teraz ważę te 106 i teraz ciało wymaga pracy, żeby kontynuowało redukcję. Jem mniej, czasem więcej, czasem mniej, ale wciąż redukcyjnie, a waga praktycznie stoi. Obwody praktycznie stoją. Od pół roku. Czuję się w potrzasku własnego ciała i głowy. Ciało nie ulega, mało tego, nabyłam kontuzję. Starzeję się, ot co. Przestrzegali mnie przed tym, nie słuchałam. Teraz leżę w łóżku i płaczę, bo mi przykro. Bo nie ma postępów, bo na kolację mogłam już zjeść tylko 2 jajka i ogórka, bo dzisiaj pozwoliłam sobie posmakować życia i jakiegoś szczęścia po za codziennym zarzynaniem się jebaną kalkulacją. I jestem zła. I jestem rozczarowana. Sobą, wynikiem, matematyką, nauką i własnym umysłem. Wciąż dziś było restrykcyjnie, ale kosztem jajka i ogórka. Sama myśl, że to właśnie są moje posiłki, jeśli gdzieś sobie odpuszczę - jest zajebiście przykra. Ludzie mówią wow, nie widząc tej drugiej strony, płaczącej nad najbardziej żałosną kolacją jaką świat widział. Nie widzą tego, że 

Dumna, bo zgubiłam już te 30 kilogramów, ale nikt nie widzi, ani nie wie, ile w tym łez, codziennego zawodu samą sobą, mnożących się w głowie oczekiwań do siebie samej. Gdzie moje spektakularne "przed i po, zgubiła w rok 50kg i jest nie do poznania"? Dlaczego wciąż czuję się dokładnie tak samo jak rok temu? Dlaczego kiedy sama się dotykam, to zupełnie jakbym nie zgubiła nic? Dlaczego razem z kilogramami gubię włosy? Dlaczego gubię ostatnio siły? Dlaczego przytrafiają mi się kontuzje, jeśli jestem lżejsza. Powinno być łatwiej. Dlaczego bolą mnie teraz tak plecy i stopy? Dlaczego moje biodra teraz pracują nie jak powinny? Kochałam się, będąc grubą. I z miłości do siebie, z szacunku do swojego życia podjęłam się wojny, tak żeby o siebie zadbać. Żeby było łatwiej. A jest mi kurwa trudniej niż kiedykolwiek wcześniej. Może od czasu "wielkiej depresji" opisywanej tu lata temu. Teraz, o te 30 kilo mniej, nie lubię swoich nóg, bo mnie zawodzą. Bo wciąż nie mogę ubrać krótkich spodenek, na które Luby namawia, bo wciąż poobcieram sobie uda. Bo kiedy się kładę czuję się beczułką. Bo wciąż wypadałoby szyć na miarę. I tyle z tej dumy. 

Zła, bo nie widzę brzegu na horyzoncie w tej przygodzie, nie widzę dokąd zmierzam i ile jeszcza, a tym bardziej jak tam dotrzeć. Jestem zła, bo ja dokładnie i dobrze wiem co należy robić, czego nie robić, co należy myśleć, a czego nie myśleć. Wszystko to przerobiłam. Jeść zdrowo, unikać słodyczy, ale w sumie to nie wariuj na temat i czasem sobie pozwól. Myśl pozytywnie, nie poświęcaj uwagi na smutki, idź do przodu po swoje. Aha, aha, ehe, ehe. Na papierze i w teorii - super easy. Realia? Zjesz coś słodkiego, to zabiera ci pół obiadu. Może też pół kolacji. Wieczna kombinatoryka, jakie słodycze dobrać, żeby zabrało tej kolacji mniej. To nie jest cieszenie się i nie wariowanie. To nie jest "pozwolenie sobie" na życie. Myśl pozytywnie, super, ale co w momencie postoju na pół roku? Co w momencie, kiedy ciało i głowa zawodzi. Mało tego, ludzie wokół czasem też?

Smutna, bo bardzo chciałabym poczuć, że jednak dokądś płynę. A mam wrażenie, że się jedynie topię. Tracę czasem poczucie sensu. Czasem mózg szepcze mi obrzydlistwa. Czasem nawet miesza się w związek i sugeruje, że nie jestem chciana. Nie wystarczająca. Że są ładniejsze, szczuplejsze, które jednocześnie mają moje zalety. Że moje wady świecą jak neony i billboardy po oknach w środku bezsennej nocy. Że kiedyś się mną zmęczy. Zirytuje. Z resztą, czasem się już zdarzało. Irytacja. Proszenie się o dotyk i uwagę. O pocałunki, bliskość i intymność. Kolejne ciężarki przechylające powoli mentalną szalę - nie jesteś chciana. Nie jesteś pożądana. Nie jesteś atrakcyjna. To nie ma sensu, a cała praca jest na nic.

I ja wiem że tak nie jest. Mózg jednak jest tylko mózgiem i czasem szepcze największy gnój.

Wyrzeczenia podążały za mną cały rok. Niedawno pozwoliłam sobie na testową przerwę. Na wejście na "zero". Żeby dać organizmowi odpocząć. Przynajmniej dowiedziałam się, że potrafię utrzymać się na poziomie. Nie przybyło, nie ubyło. Ale wciąż trzeba było liczyć. To wciąż były i są i będą wyrzeczenia. I to jest kolejna, zajebiście depresyjna myśl. Tak moje życie będzie wyglądało dosłownie już zawsze. Policzone śniadanie, policzony obiad, policzona kolacja i myśli, czy przekąską nie przekroczyłam limitów, żeby nie przybrać i nie stracić tego, co w przyszłości wypracuję. Żeby utrzymać to, na co pracowałam chuj jeden wie ile czasu. Nie zjem na spokojnie kuchni mamy, bo będę wiedzieć, że użyła kiełbas, boczków. Albo będę planować jak to "spalić". Jak skatować swoje ciało, no właśnie mimo wszystko, trochę "za karę". To nie jest zdrowe. To ED goniące ED. I z tego za chuja nie wyjdę. To coś co będzie mnie gonić całe życie.

A ten ciężar, muszę nieść sama. Absolutnie nikt mi z tym nie pomoże. Nikt mi tego z barków nie zdejmie. A chętnych do wsparcia ogólnego to w sumie tylko tracę. Marona obróciła się do mnie plecami. Nie chcę polemizować, czy nasza relacja jest zdrowa, czy toksyczna, potrzebna czy nie potrzebna, czy równa, czy jakakolwiek. Ale jest mi przykro, że jej nie ma. Był moment, kiedy jej nie potrzebowałam, bo musiałam ogarnąć pewne sprawy sama. Teraz przydałoby mi się z nią porozmawiać jak kiedyś. Uciec na chwilę od codzienności. Jej jednak już nie ma. Jest Kinga, zajęta własnym życiem, nadchodzącym weselem i jego organizacją. Ludzie wokół ogólnie się rozpierzchli. Cieszę się tylko, że mam Grzesia. Bo ja pierdole, nie wiem co w tej chwili bym ze sobą robiła.

Miałam tą myśl. 

Przytulał mnie, czytał, próbując pomóc samemu sobie (bless him). Kiedy przyszła do mnie ta myśl. Pojawia się nieczęsto. Żeby się pokarać za wszelkie chujowe myśli i zrobić sobie krzywdę. Ostatni raz stało się to w liceum. Kwas o mnie zadbała (ona swoją drogą też już przepadła w swoją stronę). Nie zrobiłam sobie nic od tamtego czasu (nie wliczając wbijania paznokci w ciało w jakimś naprawdę ciężkim mentalnie momencie jakieś miesiąc, może dwa miesiące temu) i nie zamierzam sobie nic robić już nigdy więcej. Ale to drugi raz, kiedy pojawia się ta myśl, z powodu redukcji. Obie myśli w ostatnie pół roku. I szczerze mówiąc, nie wiem jak to ogarnąć. Jestem po prostu zła, że nie zadbano o mnie kiedy byłam dzieckiem. Że spędzałam dzieciństwo sama, że traktowano mnie jak śmietniczek. Że wmuszano mi czasem jedzenie, że traktowało się je jako nagrodę i trofeum i rozwiązanie na smutki. Że zostawiano mnie w wieku przedszkolnym samą w domu, z całym talerzem kanapek, które znikały wszystkie jak tylko je zauważyłam. Pamiętam dosłownie dwa piętra kanapek. Musiało być ich z 8. Dziecku powinny wystarczyć dwie... i może dwa jabłka w razie "w". Jestem zła, że moje problemy miały czas i przestrzeń na rozwój w mózgu i zakotwiczenie się tak głęboko, że dziś nie jestem w stanie się tego pozbyć, a jedyne co mogę to uczyć się z tym żyć.


I nie wiem jak. 

Od roku walczę i nie wiem dalej jak.


I ponownie wstyd mi, bo wiem, że powinnam się cieszyć tym co mam i co mi los dał i tym co już wypracowałam. Zwłaszcza w relacji z mężczyzną - pierwszym - którego kocham. A czuję że zawodzę i jego. Bo się martwi, bo będzie mu przykro, bo pewnego dnia się obudzi i pomyśli, że ja pierdolę, ta dziewczyna nie ma w sobie tej wiosny i lata, tego światła, zielonego parku w sobie, który widziałem. Jest usychającym drzewem bez życia i marnuję przy niej czas. 
Pewnego dnia zda sobie sprawę, że jestem problemem, że może ciągnę go w dół, że nie jest tym czego chciał, czego szukał. Że nie jestem czymś dobrym i wystarczającym.


Zaczęłam projekt z miłości do siebie.
I znienawidziłam części siebie. 
Błagam tylko, by czas był łaskawy,
Tak bym mogła to jeszcze naprawić.

Ale nie wiem jak.

Thursday, October 20, 2022

|CXCII| Książka kupiona dzień po premierze: Mężczyzna, który uderzy dziecko

Jest to od bardzo dawna pierwsza książka polskiego autora. Zazwyczaj polskich nie czytam, bo taki ze mnie snob. Tą książkę kupiłam jeszcze w dzień premiery, choć może było już po północy. Czy warto było?
.
Kotarski do tej pory tworzył literaturę popularnonaukową - nie czytałam. Kiedy jednak przedstawił światu swoje debiutanckie opowiadanie "Częściowo udane samobójstwo" wiedziałam, że mogę mu zaufać. Styl jest specyficzny, chyba jeszcze się z takim nie spotkałam. Język ma prześmiewczy, ale w ten najlepszy z sposobów, ponadto otulony barwnymi i kreatywnymi, inteligentnymi metaforami. Zaskakująco jednak ani język, ani treść nie były dla mnie najważniejsze. Zupełnym fenomenem okazuje się być (jakże oczywisty) intelekt autora, żeby wpaść na tak kreatywną konstrukcję całości. Spodziewałam się opowiadań - każde z osobna będące inną historią, ale Kotarski miał inne plany. Właściwie wszystkie z historii krążą gdzieś wokół lotniska, na różne sposoby. Fenomenem jest, że te jakże różne od siebie zdarzenia i ludzie... się przecinają. Zabrakło mi oddechu, kiedy zdałam sobie sprawę z jakże intrygującej niespodzianki, która pojawiła się zupełnie bez ostrzeżenia. 
.
Czytając treść na zmianę się śmiałam w duchu, czasem i na głos. Zdarzało się zapłakać, a także przeżyć intensywne fale dreszczy i silny ucisk w gardle na tak wstrząsające zakończenia jak w przypadku opowiadania "Mój niezastąpiony mąż", bądź "Groszkowe Porsche". Jednym z faworytów był także bohater imieniem Yuri - gdzie jego historia ukazywała spojrzenie na wojnę oczami "normalnego" Rosjanina. Nie pominę także Barzo Milou. Pilot, który uważa się za lepszego od innych, a jednocześnie brakuje mu języka w gębie, żeby sprostować pewne istotne fakty. A swoją drogą - bardzo dobra lekcja. Ksywki pilotów pochodzą od ich błędów, które stają się wstydliwą przywarą, ale jednocześnie nauką z którą trzeba żyć. Rozczulający jest też fakt, że jedno z opowiadań jest spisaną improwizacją z przyjacielem (domyślam się z kim). Było to absurdalne opowiadanie, ale jakby autor nie przyznał, że to improwizacja, to by człowiek nie zgadł. Na papierze wszystko brzmi jakoś poważniej - mimo wszystko.
***
No i najlepsze: "Częściowo udane samobójstwo" - opowiadanie, które mi są książkę sprzedało. Nie jestem w stanie wybrać opowiadania, które byłoby ulubionym, kiedy ta historia również widnieje w spisie. Tak się składa, że dosłownie wczoraj pisałam swoją recenzję tego opowiadania na goodreads, więc pozwolę sobie to tutaj wkleić:
Słucham tego opowiadania w formie audiobooka chyba 3 razy w tygodniu minimum (w oczekiwaniu na kontynuację podcastu). I mimo tej częstotliwości... historia nie traci na emocjach. W dalszym ciągu emocje łapią mnie bezlitośnie za gardło i przyduszają. Wciąż walczę z łzami na końcu. Wciąż mną całość wstrząsa.
.
Co jest dla mnie ważne, że autor nie tylko napisał historię na trudny temat, we wzruszający sposób. Dla mnie ważny jest realizm i przekazanie problemu - Pan Kotarski wie jak to robić, ot co dar i umiejętność porządnego research'u tematu. A ponad to - to, co zdaje mi się, że jest pomijane przez innych to... percepcja przedstawionej historii. Czy nie każdy z nas uśmiechał się pod nosem, połykał żarciki, zapominając, że mówimy o cierpieniu? O tym, że humor jest zwyczajnym płaszczykiem, tak, by ukryć swoje samobójcze zamiary? Podążamy za historią dość beztrosko, uśmiechając się do bezpośrednich i kpiących myśli głównego bohatera, aż do momentu jak pan Kotarski wymierza nam świszczącym batem z emocji na sam koniec. Obracając historię i wszelkie emocje jak naleśnik. Przytaczając słowa redaktora Podsiadły: Ale mnie to oszukało! Doceniam to bardzo. Autorowi udało się przyłapać czytelnika na gorącym uczynku: nie brania depresji i myśli samobójczych na poważnie. Na pozwolenie sobie, by zmydlić sobie oczy. Uwielbiam.
A tak po za tym - lekkie pióro, mimo ciężkiego tematu, zapewne przez umiejętnie użyty i dawkowany humor historię połyka się na raz, nim się człowiek obejrzy
***
Podoba mi się, że autor wchodzi w buty każdej z postaci, pozostawiając jednak w każdej z nich cząstkę siebie co jest przyjemnie odczuwalne. Przytacza kulturowe elementy obecnego świata z którym ma styczność: konta na Instagramach, które sam śledzi (a razem z nim zapewne pół Polski), pojawia się nawet  "przypadkiem", niby po drodze użyte określenie "lekko stronniczy", a także wymieniony zostaje Kaliczan - którego nazwisko na papierze zalało mnie falą ciepła. Ot co, porozumiewawcze mrugnięcie od autora w stronę słuchaczy podcastu PKP. Brakowało tylko "Makity", ale to może mógłby być już jednak krok za daleko. Z autorem widzę także, że łączy nas sympatia od Claude'a Debussy'ego - choć raczej z innych powodów ;) 
Finalnie zastanawiałam się między gwiazdkami 4, lub 5. Finalnie dałabym 4.5, ale system goodreads nie przyjmuje połówek, dlatego jak na razie ocenię na 4. Tylko dlatego, że nie mam chyba myśli, że za jakiś czas do książki powrócę. Ale jak to mówią - nigdy nie mów nigdy. 

Saturday, January 15, 2022

|CXCI| Not enough silence

 My mental state is in ruin lately. And I'm not sure. If I really lost my will to live, or it's another wild twist of my hormones before my period. But it's really rough. It feels weird to write. Those letters look so classy and clean on that white background that I'm writing. It doesn't fit what I have and see in my mind when I'm on my own. In silence. Speaking up let's me hear how pathetic it sounds. How much it can crush and hurt the one that I'm sharing my thoughts with, or might just end with another "oh it's temporary, you're blowing it out of proporsion" - when you actually have suicidal thoughts.

I feel like maybe I'm living too fast. I'm too tired and I literally don't have time to slow down and die a little in my bed. Get the little depression, go over it and go. I have no time. When I manage to get a day of i just have time to barely catch a breathe, maybe sleep a little properly socialize, maybe relax a little. And how about the hobbys? How about working out and cooking food? How about meditating and taking care of the spirit? I don't have time. I need the deep-rest. Two months off minimum.

University is depressing. I think i dont catch up with my ADHD, and the group is really unhelpful. I feel left out, alienated for some reason. May it only be the anxiety? I don't know. May be? But also some people I feel like, they're actually mean and purposefully don't share information with me. Even some professors. I feel like they should be reacting? Sometimes I know that I do that classic cry for help. And I meet the cold wall of anyone caring. But I also don't want care, cause that's embarrassing. It's... Complicated. But also the university makes me feel terribly overworked. It's a lot to manage. And I feel so lonely with it, since it seems like noone else has issues like I do.

The work isn't too much, but the fact that I have to keep going there and sit and pretend that I'm totally OK functioning part of society makes me feel just empty.

Also I forgot to mention the math problems. Going to the extra paid classes to understand shit, that again won't be any needed after I finish the university.

My body got fatter. And I know that. I'm not surprised. I'm the one that keeps buying McDonald's at work in ungodly amounts to eat emotions away. Not even stress. It's eating the emotions. I want to just stop, but it's hard. I want to go back to working out, but I have no time. I forget to take my vitamins too.

I'm trying to get a girlfriend, but I'm wondering if I even can. I've been alone for such long time. And I took my mom to pride parade last year, she had fun, and was all open like "everyone can love, they are the same as we are", yet when I told her I need to find myself a girl, she looked off. And I can guess what that means. She's accepting, until it comes to me. I know it's probably that she's worried, but still - it's heartbreaking.

I'm collecting money for all the trips I have planned, that's also why I work, and it used to work like "reasons to live", but weirdly not anymore?

I saw a tik tok today and guy saying that we are not productive, because we don't let ourselves sit in the silence for long enough. He's right. I use YouTube, tik tok, messenger, Instagram, even my mouth with food, anything to keep my mind busy, but I think it's not a way to procrastinate, it's not running away from being productive. It's just not giving myself enough of the silence to hear suicidal thoughts, depressive thoughts coming up, making me want to actually quit, instead of being productive. 

Saturday, June 5, 2021

|CXC| The Witch testing the World's waters again | Shortest love story you've ever seen

 So here I am, again. Let me tell the story to save it. Save all the emotions, save it all, so I can learn from it in the future - because I don't know what's the lesson now.

About 3 weeks ago I saw a guy on tinder. Broken English, but all positive vibes, positive attitude. I gave it a chance and we started talking. It was going really well. I tried tinder, out of boredom. And because I went for it, I said - bless it be. Something made me open up. I didn't swipe much, because I started talking to him. It felt good. I thought - I was never truly loved, and I've never loved. I was hurt many many times, so I shut myself down and didn't even let anyone love me. Sometimes I was toxic, desperate. I grew from that. I'm strong, independent, in touch with my spirit. So I thought - I will let myself be loved. I will open up, and I will let someone finally love me. Someone who will let me taste it. It wasn't my expectation, but I was my intention.

I didn't feel judged. I did feel listened. We talked about romance, and I saw equal exchange. We had a walk thru the park. I felt cared for. We talked about most important parts of life, and relationship. Marriages, divorces, splitting up the responsibilities, but also we hugged under the umbrella and laughed a lot. He said he was shy, so I tried breaking the barriers. Little touch - hand to hand. Sitting more close. Looking in the eyes with a smile. And I did saw sparkles in his eyes. I saw something in them, that made me shy, that made me blush. We sat on the bench and shared embarrassing stories from the childhood. Next meeting, we went for the coffee, which we shared. We started feeling comfortable, and relaxed. I felt closer. We touched hands and I played with His fingers. It was long hours of talking. We went on the walk, and kept making plans for next meetings, we kept planning for summer and trips. I was opening myself, and preparing myself to be leaving my house more. Lately I was just living between work, university and bed. We planned to go to Cracow, and Wroclaw, even Oswiecim to show him bits of history and culture that... He knew nothing about. And then he was telling me about his culture, traditions, society and norms. Each day just getting closer. I helped him find a new place, when He tried to move. I was ready to teach him about vegan food, since He was interested. I was getting invested with my time and emotions. I was sharing my thoughts with my friends and family, and he cared what I thought and felt, because He did ask about it. With Him I was accepting, thoughtful, open, positive, I stayed true to myself - fully.

Last time He came to visit me at my home. He came prepared, casual-formal wear, and gift for my Mom, because - I believe - He cared for his impression on Her. For me it was all with intention of building foundations for relationship, but with knowledge that He claimed he was shy. We went home, my Mom loved Him, they talked, and I was translating, whole thing was positive and filled with laughter. It was happy. I started showing myself more. My heart thru my art, my knowledge, passions, and spirituality. We enjoyed some wine, we ate the dinner, and started talking heart to heart. Then I showed my spiritual side, and he requested tarot reading. I did say that I am beginner and learning, but He was curious how it works. I felt close and comfortable enough to do it. Even decided to cleanse, and charge him some stones. I lighted the candles, and when I was charging one stone, the amethyst just dropped into the fire and wax. Mess on my altar, mess on my hands. Maybe it was a warning. Maybe I was already doing too much. Good for him - cause the stone was charged, but I got left out with mess on my hands. I overlooked that. He cleansed himself, and charged by the candle light - so I did the same, and started with tarot. We did 4 questions reading. He was bit sceptic of how it supposed to work, but quickly I saw his jaw dropping, when I was talking about things He never told me about. Everything was accurate. I did open his eyes to things he was avoiding, which was making him feel bad. (I won't disclose the details here, since it's very personal). I also did the runes reading. To see, if the read would match. And it did. Runes said what's the issue, and the way to resolve it was... relationship. Partnership, trust and loyalty. Last rune said that - whatever mess is going on, that with support it will be better. And it will be better when we get in touch with ourselves more. And... I am sorry, but I am the partner who opened up his eyes. I am the one who taught him, and made him realize what's wrong. Maybe it's silly to take the reading personally, but I did fell that. Felt like perfect puzzle. I am the last one. We had a long talk, and he opened up. I listened. And I did say some too. 

We walked to the bus stop, we held hands. 

Later that night I had a dream with him. First dream with him, and it wasn't a positive one. I had a dream that he needed my help. He needed my help with translation, but what he handed me were divorce papers. He was married. And I was just a translator. I felt like he cheated on me, lied and kept hiding things from me. 

I told him that dream. And we started talking. I was nervous, because when he visited me in my home - I did ask him "what are we doing". I got the answer that... made me actually sad. But I still did hold my hope. He told me that, he can't talk about it, since he's still thinking about the reading. I accepted that. Legit and under stable reason. But he also said that he would never want to lose me. Im valuable, he knows im special, and he would want to have me thru his whole life. Sounds so good, right? No. No, it doesn't. I got sad, but smiled. In morning I he called and we started to discuss that. Basically... from the reading - he decided that his life is a hell, and I would be in mess If I would join that. He said that he doesn't want to commit, and I did so well - holding both my tears and laughter. I wanted to laugh, that another man tries to "save me", be the god damn knight, being so good, making me avoid the mess, and saving me from being hurt. Oh how great to be saved AGAIN. I am so fucking tired of men acting all King, all Hero from saving a poor, fragile woman. When he's the one to lose the arm wrestling against me. I am the strong one. I am the one who grew for almost a decade to not be hurt - especially by things that aren't mine. And if I do get hurt - I know how to deal with it. I am tired of scared saviors. I am not going to get hurt, but I am deeply offended that another guy takes me for a weak one. But okay, deep breathe. It's his choice. If he doesn't want me to be that close, then okay. But even friendship needs commitment. And if he can't have any? Why the hell are we even talking? And then I asked - What's my role then. Am I just a translator, tour guide around Poland, someone to give him readings and that's it? Suddenly that's all I am? 

I understand, as a witch, that is connected and grounded, I do understand how important it is to organize your mess first. And I do understand that could just realize that with my help, and just change your mind. But I also believe it could be done by someones side. I accept and understand, that he still might prefer to go on the war by his own. It's okay. It's mature to decide that, to change the priorities, and reclaim power over your life, but also I believe, and I would prefer to be respected (with my time and emotions) and hear the truth right away, not just when I asked. And I did ask, cause Im smart enough to stay protected until I know im safe. I did ask, because I started engaging with emotions. Feeling safe, comfortable, warm. I just wanted to grab his face and kiss him. I wasn't sure if we are heading that way, if maybe he lost his interest or attraction to me, or he maybe just... is still too shy to do it by himself. I asked to know where are we. I needed to know if im safe. Turns out I am not. I am deeply annoyed I needed to dig into it to get the answer. And I got pretty disappointed to hear that I shouldn't get attached. That it will be a mess. Said a guy after long walks, looks in the eyes and holding hands. 

still - I understand that he might have been lost. I am smart enough to understand and accept that. People use to hide their shit under the carpet and act like everything is okay until they invite someone over and tell them that it smells there. I understand. But do I also feel used? I do.

And cherry on top. He asked me if we still stay the same. I said - yeah, we are friends. But also I know things will change. I won't stop talking to him, but everything has to change. Friends don't hold hands. Friends don't look at each other with sparks in the eyes. And I don't do work for friends. I don't put this much effort. We don't meet that often. We don't call those dates. I see my best friend once per 2-3 months. I see my other friend whenever she just has me on her way to home from work. I don't plan my schedule around my friends. I am used to living alone, and being alone. Without the intention, without the purpose for getting something more, something that I can't get on my own - I don't know if I see any sense to keep going. He gets the help to move, help with exploring, language, opportunity to meet with people, lesson on how to get in touch with spirituality. He is right. I am sooo valuable to him. Why would anyone not want to keep me forever? I am a swiss knife between people. I can do so much. But what do I get? I was hoping for warmth. My intention was to find the rock that would be there, ready to cuddle when I get tired coming back from my own war. If he can't commit, and he can't be that - what do I get then? What's the reason?

Is it the end? - I said no - because we connected on soul level. 


I told him that it's no problem for me. Just tell me what you want. How you see me. What's my role. I can be alone. I was alone for about a decade and killing it on my own. I am strong myself. No need to worry. I am fucking strong. I won't be hurt. I would want a relationship, but I don't need one. I can stay alone. 

He already felt sorry, saying - no, no. 

Yes. I can stay alone, and he can't control my choices, and I know what's good for me. I was alone for such a long time - BECAUSE - I needed it on soul, deeper layer. I wanted it to have strong fundaments. I didn't want to just go and be with someone. Connection first. We got it, and he gave up to "save me". Whatever. It's your choice, King.

I always get men who do try to hurt me (it's obvious when they try to, so I just... leave - since I know better), or men who try to save me from getting hurt, thinking I am weak. It makes me so so so offended.


"I am scared to lose you, I don't want to lose you" - he said.

"You might" - I responded.

And just like I said - sometimes being scared, and "protecting" what's so valuable might actually make you lose it. - I am worth more than being protected. I know im worth fighting for. I won't settle down for any less than that.


N.


Friday, March 1, 2019

|CLXXXVIII| Dudes - the collection of stories

I was thinking of talking about it but i always stopped myself, since that story is long and includes other people. But i decided to speak up about my life, cause well, i think it's pretty interesting.
I should start with saying that my friend was always telling me that im kinda special in other way, cause in my life i always bump into weird people, and especially men. Right now i'll tell you about couple of them. I would not call them weird, but they're for sure not something typical. There's always a twist.

I'm not sure who I should start with. Should I give you the worst/most ridiculous story first or the kinkiest?
I will start it with saying I've had Daddy, a Baby and a Slave. All at once, since I've never met them and never declared anything serious going on, I've been talking to different men. Since I'm all about raw truth, I'll also admit that I've been into DDLG for a long time. And i would put myself into "switch" box. I've been looking for somebody remembering about that Lil kink. I never found a good daddy, cause all were just creepy (besides one or two but that's a story for another time and also with a twist). Just by looking around I talked to this boy, thinking like oh, we could be friends or something. And he straight up fell for me. What's the plot twist? You might not know what does that mean when I say he's a boy. He likes to act like he's little. He likes age play, likes to be taken care of, likes to be ordered to do some things and get punished. Also he's a huge brat. I'm okay with everything but I'm harsh when somebody's is bratty, cause that's annoying. I'm harsh, and if they still playing I get tired and mad and I just leave.
Then I met this Daddy that was really cute, our deals were matching. He would take care of me, and I would give him what he needs sometimes, and by saying what he needs I mean - I'll give him pain. Bonus points cause he's Greek, and I would use all the help I could get in learning Greek right now. And everything's cool, but dude ghosted me, typically like all of other daddies I tried to talk to (including a sugar daddy, and that's also another story for another time). Then when I was just looking thru my Instagram I got a message, random one that I'm pretty or something. I talked a little bit to this guy and he straight away asked if I'm interested in having a slave, and getting paid for it. I'm never hurray about propositions like that, but I don't know, maybe I had a bad day and needed to yell at someone and he showed up and literally asked for it - and after our little talk I realised I even kinda like him the way he is, so I kept him. He calls me goddess and is ready to do what I tell him to do. And I'm gonna admit, it's a God damn sandbox for me. And I'm thankful for his dedication. I get bored sometimes, and don't talk to him for months and he still is there with unlimited love, not asking for loving him back. Win-win situation. Except I don't take money from him - yet. I respect him for having balls to give away their whole life to another person. It's crazy, but ballsy and bold. And well I'm not also a devil, so I'll not ruin him. He's safe with me. Might get hurt, but safe. Those are examples of men I met. Kinda extreme, right? Well...

I will tell you about men from second category. Surprising men. One of them I met thru dating app when I had a breakdown and decided I need to be in a relationship. It turned out he was in breakdown too. We ended up in bed. It was the freakiest night of my life - nothing I expected, and everything I ever dreamed of. Next day he told me we should say goodbye to each other, because he has issues and realised he can't be in the relationship. I sat down and thought about it. About commitment and stuff and thought if I'm ready myself. Answer was really easy - no. I'm not ready for a relationship, and it was a mistake that I was looking for it. It will find me on its own. But I couldn't let that good fuck go. So I got a friend with benefits on champions level. We had some cool, fun and casual time together... Until he showed his true colors. Low key homophobic, and straight up transphobic. And the cherry on top - didn't understand when I said no. I don't want to talk about those nasty opinions you have about things you know nothing about, but you think you know everything, cause you watch left winged media and read a book or two. He didn't listen. He said too much. And he permanently become the most unattractive and the least fun dick I've ever knew. And we never spoke again. Next was a man who is studying in my city. Young man, who traveled the world. But he never left his place whenever he stayed at in those different counties. He was never truly interested in culture and traditions of places he have been visiting - and that made him the most boring person I've met. I tried so hard to look for the topic - politics, religion, everything. And there's nothing. He eats the same things, watches the same movies and walks the same way everyday. No actual hobbies. But I know he liked me, and that's very flattering, meanwhile I can't think of the topic we could talk about besides saying obvious stuff that does not need to be said.
And the third man in this category is also surprising. I have an account on PH, and some people just send me their private parts and stuff and this guy he maybe did that too, but after that he just talked to me like to a human being. With respect, with some topic. Turned out to be quite a romantic soul, looking for love that he can work on. Totally the opposite you expect from PH. And we talk to this day and he's quite cool. I respect that man. Kinda sad he lives that far away.

Category three - sketchy player. After reading all I've written for now you might think I'm a hoe, and a player. And you have rights to think that, but I'll disagree. What I think is that I am really cool young woman and if I can then I'll just have fun and take all the attention, admiration and action I can get, cause why not. Women also wanna have fun. And the last guy... He has a girlfriend. I knew them both on Facebook, but never in life, so when he messaged me I just chatted with him out of boredom. He started hitting on me, flirting. He even told me he's unhappy with his girlfriend because... She doesn't want to get adventurous in bed and try new things. Basically he got bored of her but still didn't want to leave her. I asked him about that because he was really into me. Basically the deal was - have balls, change your life for better and come and let's bang like young Gods. He didn't wanted to break up with her, but didn't stop messaging me, sexting me, etc. I didn't care, cause it's their thing, not mine. I'm not getting into how their relationship works. And I said like... Come, and let's have fun. He was always kinda pushing that idea around, but still wanted to keep sexting. At that point I realised what he's doing. He's having fun with both of us. He probably fucked her, but thinking about me. She was lied to, and I just wasted time. No fun for either of us, girls. And that's not right. You don't try to cheat, and mess around with the cheat, cause guess what, I can message your girl. And I did. I told her, I showed her screenshoots. But the girl turned out to be stupid, cause she didn't listen, and told me it's my fault even if not me she would never know her man is a snake with no balls to admit what he had been doing. She blocked me, and told her man to block me. At that point they're both out from my life and I'm more than happy cause it was messy. Well... Yeah. For some time I had them out. After a year the guy found my mail and send me an email saying that he missed me, and that HE FORGAVE ME THAT I TOLD HER. The audacity! The audacity of it all! He was still up for play. I told him about fun with friend with benefits, and he's abilities, and i guess the guy felt small and left me alone, but i feel it in my bones - that he will be back.

And the moral if it is that you should listen when a girl shows you that your man is a cheater. Cheater will always be a cheater. Sorry not sorry. And i can't tell her he's back, cause I remind you - she blocked me. Funny.

I can add a little bonus story - once at club one man stopped me, looked me in the eye and told me that he sees that I'm sensitive and I've been thru a lot.
As it is quite nice and cool thing to say to people during the party. :)

Yall twisted men.

N. R / M. More

Sunday, January 13, 2019

|CLXXXVII| What's the difference between selfcare and depression

Im saying it all for myself, and for people that are worried about me.

I'll start the story with me, when i still was a child. I always had problems with building relationships in general. Maybe because my parents hated each other, maybe because all my father taught be was to how to hate myself. My mom was always laughing when she was telling me the story about my first day at kindergarten. I was being assaulted by other kids, called names, since i've always been fat. I didn't move, i didn't do anything. The next day my mom told me to defense myself. But nobody ever told me how. I got aggressive and angry in contact with other people, so they started being scared of me. I was pushing people away, so they would not hurt me, and quickly found myself safe, but very lonely. When i started looking for friends i had that mental wall built there already, ready to defense myself, stressed, with aggression programmed in my brain. Somebody even said that i must be very sensitive, because i try people very hard, and i push them to their limits, i make them meet with my mental wall, which is my aggression, and i let in only those people, that i believe they will not hurt me in any way. And i think it's true. And i think only one person have made it totally in for now. Anyway i was always struggling, not being aware that i built this wall by myself, and i always got even more aggressive, when i saw people letting me go and giving up on me, because i was so lonely. I desperately tried to stop them, even manipulate them, just to stop them, just to ask them to try get through the wall again - and i was not making it easier for them, even with the second try.
I am an adult woman now and somehow managed to have some friends that i love very much, and one best friend, that is the person I am the most grateful for in my life, because i know they're not going anywhere, and they're always be there for me no matter what.
I was fighting with people my whole life. Pushing away, and trying to keep them in the same time. I got used to it, but lately i observed some changes. I started to enjoy the time when I'm all by myself, and i find this time very valuable.

I keep myself busy. I wake up, drink my morning coffee, go to university, I study, then i workout hard, often and a lot, then i listen to the music that brings me so much joy lately - it's like spa treatment, but with sounds. Then i take warm shower, i take my cocoa butter and i give myself a little rub, to have soft skin like goddess. I go to gynecologist, I cook myself a healthy dinner... And then something new happened. I felt strong unwillingness to people. I kept my close friends, but i pushed away everybody else. I don't want to go out to the club. I don't want to deal with people at all. Even those i kept with me - we don't talk that much.
I feel bad about it, and also i feel very confused. I used to try to keep people so bad. Fight for them to stay, give myself to others, use me, ruin me, just so they won't leave. And now i feel like pushing people away just for myself is some kind of selfcare that i needed for a long, long, loooong time, but in the same time i feel so bad when somebody is calling me, and i just watch my phone vibrate, till somebody hangs up and give up. And i feel relief. Then i feel bad agin, cause i know that i need to come up with some excuse, like i was extremely busy. And maybe i was. I was busy with myself. I just like myself, and i just don't want to talk and listen to anyone. Is this acceptable? Or rude?

See, there goes my problem. I'm not sure if I am depressed, finally taking care of my body and mind, and owning my time, or I'm just a really bad friend. Also what's the difference between selfcare, and going into depression? Most of the times both are happening when you're alone.

I picked up the phone call lately. One of the people was concerned about my mental health, because i did not acted how i use to. I just don't feel like clowning around 24 hours for 7 days in week. I did not wanted to talk, but also felt quilty, cause i did not pick up the phone when they were calling me all of those fifteen times before. They asked how I am doing,  and i said that i just don't know. And it started a very annoying conversation, that maybe im not okay. I got so annoyed. I'm just busy, and doing a lot, so my days are blending. I don't really remember what was yesterday. I don't pay any attention to that, since i live here and right now. Then i listened to all the crap from their life that... I'm sorry, but i just couldn't care. I deal with my own life, and i get really annoyed when i need to listen to others deals. I just don't want to talk, and don't want to listen. I also don't require anyone to listen to me, so i think that's fair? But still i feel bad. What kind of human being, and what kind of friend I am if i just don't care about the people?

I've been in depression before. I know how it feels, and right know it does not feel like it. Yes, I might sound tired, but i feel like i have all the rights to be tired. I work out a lot, and i do that hard, because everyday I am at the gym i push myself, because i want to feel the pain. Im sore all the time, and i study a lot. So hell yeah, I am very tired, but also many small things bring me true joy. Listening to the "House of Memories" and "Death of the Bachelor" for example. Enjoying cup of coffee, or cocoa. Meditation and zoning out. Being quiet. Watching movies. Sleeping. Drawing. And there is no space for people in it. Everybody has problems, and what people tend to do is to talk about their problems. It ruins my perfect, calm moments, so i just can't force myself to talk. Sometimes i even think, that it would be cool as fuck, if my classmates that sit next to me in university would be assholes that just don't talk to me. Sometimes i think it would be cool to go to university, listen to the lecture, and just enjoy silience, or some music during the break. But we talk instead.
It's still better than picking up the phone, or people trying to set some date and place to meet with me.

I also think it could be just the winter thing. It gets dark very quick, and sun rises very late. We all are tired, and since I'm doing so much - I just don't have energy for people. I stopped talking with the guy i've met lately. Stopped texting back to the guy from Turkey. He's still texting me everyday saying "Hi!", and i was so tired by his questions, when i was saying "hi" back. I stopped responding, and I'm already much happier. I stopped picking up the phone. If you need something - it's easier to text me what you need. Calling me is a bad idea. I just won't pick up. I think i've never got a phone call, that was strictly about what that person called for. There is always unnecessary talk, and gossip that i just can't care about right now.

I sound like bad friend to have. But it's just some tired time in my life, when i just don't want to listen, and i don't want to argue, and open my mouth. I want to be alone and quiet, and enjoy being with myself.
I did not had and i still have no balls to tell this to some people. Also i don't have energy. I would need to tell ALL OF IT to quite few people. Can you just imagine yourself, trying to explain all of this shit to everybody, one by one, because they called? Hell fucking no. I rather play with my hamster, and read some stuff.

Anyway i would also want to say, that it's nothing personal. It's not that i don't care about people.  I just don't care about speaking with people right now. I can't do it. And it's nobodys fault. Nobody did anything bad to me, nobody hurt me. Nobody did something wrong. It's just me. I might be okay, and i might be not, but i want to be alone right now, and i want to be able to enojy myself without feeling guilty. I think for the first time in a long time I'm truly selfish, and please let me have it.

P.S. I'm also super scared that if it will be over, and i would want to go back to people - it will be too late, because they will leave and give up on me for good. They would have all the rights, cause im not supportive, and not being there for them. But also - i really, really need that "me" time.

~N.R

Monday, August 13, 2018

|CLXXXVI| Stojąc na balkonie, płakałam


Dziś, zaraz po północy, może dwadzieścia minut nowego dnia, kiedy napisała do mnie Kwas. Pięć minut rozmowy i dowiedziałam się, że dziś jest noc spadających gwiazd. Każdym razem jakoś to zjawisko przeciekało mi przez palce. Gdzieś wychodziłam, zapominałam zapatrzona w ekran laptopa, czy telefonu, albo zasypiałam podczas oglądania jakiegoś nudnego filmu. Najprawdopodobniej jednak oglądałam Youtube do czwartej nad ranem, więc z nocy spadających gwiazd nici. Dzisiaj najlepsza przyjaciółka odezwała się w porę.

"Nakurwiaja spadające gwiazdy dzis"

Nigdy tego nie obserwowałam, więc spytałam, czy już spadły. Myślałam, że to jak z niedawnym zaćmieniem księżyca (które swoją drogą było piękne. Czerwone, przydymione, nieco mroczne, tajemnicze, ale jakże niezwykle piękne, przytrafiające się raz na ponad sto lat). Jednak nie. Gwiazdy spadają regularnie co jakiś czas. Napisałam Kwasowi, że wyjdę na balkon popatrzeć. Pisząc śmiała się ze mnie, że pewnie postoję pięć minut i wrócę znudzona, bo nic nie zauważę. Jednak zdarzyło się coś zupełnie innego. Pisałam tu już kiedyś wpis o pięknie nocy. Mogło być przed kilku, kilkunastu lat. Pamiętam, że lubiłam siedzieć na balkonie, na posadzce, która latem nie była aż tak zimna, popijałam ulubioną herbatę i patrzyłam w niebo, nieraz płacząc. Wtedy w połyskującym granacie szukałam pocieszenia, może jakiejś odpowiedzi. W samych, błyszczących punkcikach. Lubiłam patrzeć na nie myśląc. Lubiłam też się użalać i po prostu pozwolić, żeby kosmos patrząc na mnie, ściągnął choć odrobinę ciężaru z moich ramion. Nie miałam wtedy zbyt wielu przyjaciół. Miałam jedną przyjaciółkę, ale wtedy nasze relacje bywały burzliwe. Czułam się samotna. Rozmawiałam ciszą razem z niebem. Nie odpowiadało, ale zawsze przynosiło ulgę. Czasem siadałam na płytkach słuchając muzyki. Pierwsze było Tokio Hotel, zgaduję, że może z Rette Mich, albo An Deiner Seite, potem słuchałam Michaela Jacksona, a konkretnie Smile, wiedząc, że to był jego ulubiony utwór, po jego śmierci melodia przynosiła duże, przepełnione smutkiem łzy, ale w dalszym ciągu koiła serce. Teraz też wyszłam na balkon mając ubrane słuchawki, a w nich Youtube i cover Lany Del Rey wykonywany przez Conan'a Gray'a, jego wzruszające Video Games. Wyszłam na chłodną posadzkę, z moją nogą w gipsie (po raz drugi skręciłam kostkę), stałam i patrzyłam. Kołysałam się lekko słuchając muzyki i poczułam się dokładnie tak, jak wtedy. W moich oczach samoistnie pojawiły się łzy. Odetchnęłam i wpatrywałam się w głęboką, płaską czerń. Nic w niej nie widziałam. Dopiero po chwili, czerń zaczęła stawać się bogatym granatem, usłanym srebrnymi kropkami. Większość lekko pulsowała. Przyglądając się po raz pierwszy zauważyłam jakieś konstelacje (poprzednio byłam na nie ślepa). Podśpiewywałam szeptem cover, którego słuchałam w kółko. I zobaczyłam. Szybko przemykający, jasny punkt. Trwał ułamki sekundy, zarysował szybciutko jasną linię i zniknął. W pierwszej chwili myślałam, że mi się wydawało. Moja miłość do geografii, kosmosu i świata nie przeminęła. Lubię myśleć o sobie, jak o kropce w wszechświecie. To ściąga z ramion dużą dozę stresu i przywołuje skromność. Mogę robić co chcę, mogę spokojnie żyć, nie przejmować się za bardzo, bo jestem drobinką kurzu w przestrzeni. Zawsze było to dla mnie niesamowicie kojące. Teraz ja, nawet będąc drobinką bez znaczenia, mogłam patrzeć na to zjawisko, mając zaawansowane procesy myślowe i wzruszać się na piękno i naturę świata. Gdzieś w kosmosie, jakiś kamyczek właśnie spada, a podczas upadku się spala, wtedy ja jestem w stanie to zobaczyć i pomyśleć przysłowiowe "życzenie". Nie myślałam o niczym celowo. Wierzę, że rzeczy, których pragniemy, są już z nami, są w drodze. Zastanawiałam się nad fabułą "Pustych korytarzy". Myślałam o głównej bohaterce. Żyję tym opowiadaniem. Wtedy właśnie spadła pierwsza gwiazda, którą zauważyłam. Jeśli "życzenia" działają, szczerze wierzę, że jeśli po nie sięgnę, to się spełni. Wydam książkę. Kołysałam się dalej, pozwalając ciepłym, słonym łzom płynąć po wychłodzonych policzkach. Uśmiechałam się sama do siebie, bo tęskniłam za takimi podróżami myślowymi w stronę nicości, a jednocześnie wszystkiego co na świecie jest. Potem spadła kolejna. Stojąc na balkonie, płakałam.

00:20-1:20
Video Games - Conan Gray


Saturday, February 24, 2018

|CLXXXV| Zakład szewski

Jest takie jedno miejsce, które nie zmienia się od lat. Dziś je mijałam.

Niedaleko targowiska, wciśnięty w blokowisko jest malutki zakład szewski. To pomieszczonko wielkości może dwóch i pół metra, na metr i pół? Maleńka przestrzeń, a w niej starszy, siwy pan, od lat wygląda tak samo. Razem ze sklepem się nie starzeje.
Nad wejściem widnieje stary napis "Zakład Szewski" - pisany prostymi, wyraźnymi literami, na zwykłym prostokącie, do połowy tła, pod napisem jakiś wypłowiały niebieski, ciemny kolor. Kiedyś pewnie był granatowy. Żelazne, ciężkie drzwi i małe okienko przy nich. I wejście i okienko ozdobione od środka gęstymi firaneczkami, widocznie starymi, które wyglądały jakby je ktoś zrobił na szydełku te dwadzieścia lat temu.
Ostatni raz byłam w tym sklepiku dosłownie jakieś piętnaście lat temu, razem z moją siostrą, Justyną - która, kiedy była młodsza - miała talent do gubienia fleków przy obcasach. (Nie mam pojęcia jak to działa, że się je gubi, czy ściera? Nie wiem.) I odwiedzałam tego starszego Pana razem z nią. W środku na drobnych półeczkach było pełno butów, klocków do rozbijania tych niewygodnych, jakieś sprzęty, które nie miałam pojęcia do czego służą, elementy drewniane, metalowe, może i jakieś imadło. Jakaś skórka, tu jakiś zamsz, ogólny bałagan, ale bardzo przyjemny - na malutkim blacie, przy którym ten Pan tam pracował. I wszędzie unosił się ten specyficzny zapach. Zupełnie inny od tych, które czuje się w sklepach z obuwiem. Nie pachniało nowością, nie pachniało też starością czy stęchlizną. Pachniało pastą do butów, impregnatami i skórą. To jeden z zapachów dzieciństwa, zapach, który zawsze będzie mi się kojarzył w jakiś sposób z domem.
Mężczyzna od lat wygląda jakby był koło pięćdziesiątki, siwy, niziutki, ale żwawy, uśmiechnięty, pogodny i zawsze jakoś przyjaźnie nastawiony. Miał i nadal ma - bo dziś go mijałam przy owym sklepiku, wracając z zakupów na targowisku - głębokie zmarszczki pod oczami, worki, jakby dawno nie spał, ale przy tym to dobre spojrzenie. Nie wiem jak je opisać. Czasem patrzysz komuś w oczy i widzisz, że to dobry człowiek.

Do czego dążę to to, że ten zakład jest ostatnim takim prawdziwie prl-owsko pachnącym miejscem. Które nie jest manipulacją na temat tego jak było, nie jest zbudowany po to, żeby obecnie dzieciom pokazywać jak co wyglądało. To autentyczne miejsce, z autentycznym, wypłowiałym szyldem z którego lekko odpryskuje farba. Coś pięknego. I fakt, że całe moje życie nic się tam nie zmieniło. Mam dwadzieścia jeden lat. A w tym miejscu ani drgnęło. I bardzo dobrze. Mam nadzieję, że wciąż nic nie drgnie. Jest dobrze jak jest.

I oh, tak żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia.

Wednesday, September 6, 2017

|CLXXXIV| Little without a parent

6 wrzesień 2017

Some time ago i met this man. 19 years older than me. It's not important how i met him, and what happened next. What is important is the bond we created between us. He's creative. We've mutual interests and hobbys. We like to create things. And we like to do it together. So he's older. He lived through a lot, he saw a lot, read, and Im learning a lot from his experiences. I can ask about - literally - everything. Im visiting him often, cause we kinda work together. Now, when im writing this... Im here for two weeks straight. Tomorrow i need to go back to my home to pick up some stuff. I don't wanna leave. Here, at his place, I already have some of my clothes, favourite towel, toothbrush, hoodie, some dirty clothes that he's gonna throw to the washing machine and Im about to take here my favourite blanket with Minions. And by living here for some time now, i had some thoughts, I saw something in this situation.

First of all, my family, my home are people, who live next to each other, but not together. So when i started my collaboriation with Y - i was shocked. Cleaning, making food, coffee etc is going naturally. When we are TOGETHER we just want to do something nice for another person. Without even thinking. Our relationship is warm, and still quite free. Close, but still with healthy distance. It reminds about living with the best unckle in the world. There is so much fun, and you like each other to death.

We call each other different ways. Auntie, unckle, sister... Father, daddy, daughter, kid, mousie, love, honey. Happened on accident. Even if he's still thinking that he's definitely not that caring, I know better and i can say that he's still careful with important people and things. Sometimes we forgot to eat, but he's taking me to restaurant, he makes me choose something, and he pays. From time to time i just don't have appetite. Then he's worried about me; During the night he may be leaving the door unlocked, just in case i would come. So once, cause he was so caring, he made a joke that im that lost and chaotic, like little girl, and he's focused, thoughtful, careful like daddy. I had an accident. I twisted my ankle, when he was with me. He felt obliged to take care of me. Bandages, creams and helpful hand, while walking. Also he knows that im sensitive, and i can become quite depressive sometimes, so he called me everyday to talk with me. The talk was always about half of the hour to even three hours. He had been calling me in the morning, waking me up ith his melodious "good morning".

He's lovely. Very father-ly. A little reluctant to be physically closer, but maybe its better that way. Don't take it in the bad way. Sometimes Im coming and saying that I need love. He's gonna hug. Kiss my forehead, or my head. He's gonna stroke me. He will make me laugh in bad moments. Am I fallin in love? No. He's in gay relationship for 15 years now. So i couldn't have less chances. I like it how it is. And this post is a question. Do every little feels a Daddy in someone like that after some time? Today, while watching some series, I couldn't focus. I needed to be closer. I wanted to cuddle. Not in the romantic way. Just innocently cuddle. I saw his hand resting on the coffee table. I wanted to slip under it and let him play with my hair. Sit on the floor, when he lies on the sofa, and just rest his hand on my shoulder. But i know that's too much. I can't have that much, and i don't want that much from him. Still, I still have such thoughts. Is it always like that when somebody's closer and caring? Im just wondering.

He sewed me colorful tutu skirt. Braided my hair before going to sleep. Hugged for good night.

Thanks God for him. He comforts my inner child. Although he doesn't know about it, or about ddlg. Or about me feeling myself as babygirl. And he doesn't see that he is so fatherly recently. He knows what to order for me to eat. Kid's menu. Nuggets! And he knows that i like that tea with lemon. And cocoa. He knows and remembers about my lactose intolerance. He's there, when i need him.

Thanks God.

I don't wanna go back home. Im fine here.

Thursday, September 24, 2015

|CLXXXIII| Rusz dupę

24 wrzesień 2015 *importowane z innego bloga*

Niektórzy ludzie nic się nie zmieniają.
Każdy, kto się nie zmienia musi być jakiś nie do końca sprawny umysłowo.
Nie ma innego wyjaśnienia. Ja tak mówię.
Jeśli człowiek się zmienia, znaczy, że się rozwija.
Na gorsze czy lepsze.
Zmienia się, żyje, rozwija.

Jak to moja mama niegdyś powiedziała: Ja to się niektórym ludziom dziwię, że mają odwagę wyjść na ulicę. - Tak ja się dziwię, że niektórzy ludzie próbują mieć przyjaciół.

Sunday, September 20, 2015

|CLXXXII| Potrzeba mi

20 wrzesień 2015  *importowane z innego bloga*

Adama.
Spokoju.
Stabilności.
Hajsu.
I Adama.

Ponoć kiedy bardzo się czegoś chce, nastawia na to, że się to dostanie, wierzy w to - to człowiek staje się magnesem i sam przyciąga do siebie wszystko to, czego pragnie, o czym myśli, a także pochodne. Więc myślę o sielance i Adamie. Może w bonusie dostanę szczęście, sukces i zniżki na zakupy. Proszę wrzechświata, wiem, że mogę to dostać.

|CLXXXI| Welt II is back

20 wrzesień 2015 *importowane z innego bloga*

Jakie to niesamowite kiedy po latach wraca się do tego co się kocha... Wróciła Kelly, więc wrócił też welt. Apropo Kelly ta kobieta budzi moje lesbian skłonności. Znowu. Mało wychodzę z domu bo nie chcę się zakochać. To gówno boli. Ostatnio kiedy wyszłam z domu pocałowałam moją byłą dziewczynę i swoją najlepszą przyjaciółkę. SHIT. Więc bezpieczniej będzie jeśli zostanę w swojej klatce. Tyle się dzieje...

Skończyłam malować Adama, zakochałam się w Holandii, języku francuskim... Opuszczam szkołę i walczę żeby nie popaść w depresję. Jak zwykle.

Cześć babciu, jak ci tam w niebie? Wiecie co? Wierzę w dusze.

Friday, January 31, 2014

|CLXXX| Wciąż żyję. Czy mam się dobrze?

31 styczeń 2014

Chciałam wejść na bloga już jakieś kilka tygodni temu, kiedy wysłuchiwałam od ojca kolejnych obelg. Przeszedł mi przez myśl skys, ale nie weszłam. Dlaczego? Ochłonęłam. Postanowiłam wejść właśnie dzisiaj ponieważ biorąc prysznic zatęskniłam za Jacksonem. I pomyślałam o skysie. Nie mam pojęcia tak naprawdę po co weszłam. Skys przestał mi być bliski wraz z tym jak nie mam możliwości dostosowania jego wyglądu do siebie. Obecna szata graficzna nie wyraża mnie, moich uczuć, więc jest obecnie dla mnie niczym. Kiedy mocno kochałam Jacksona i poświęcałam czas głównie jego muzyce – mój blog mógł błyszczeć na szarych ciemnych deskach, na nagłówku miał portret Michaela z błędnymi kolorowymi ognikami. Pamiętam większość szablonów na moim blogu. Nigdy nie były robione od tak. Zawsze coś znaczyły. Pierwszy szablon był różowy z uroczą babeczką na nagłówku, blog był pisany maleńką czcionką. Był długo ze mną. Potem było dużo Tokio Hotel, ozdobników, prawdopodobnie był też Lambert, był też mój chłopak… Każdy z tych szablonów mocno się ze mną wiązał, sprawiał, że blog był MÓJ, był osobisty. Kiedy ktoś wchodził, widział, że to moje. Obecnie wchodzę i widzę to co można zobaczyć na każdym innym blogu. To samo. Czasem się jedynie kolory zmieniają. Onet obdarł nasze blogi z serca. Upadło wielu grafików, wielu ludzi straciło motywację, natchnienie, wielu pozostawiło swoje hobby.

Skys powinien mieć swoje wielkie otwarcie w internecie. Powinien wypłynąć do odpowiedzialnych rąk i zostać przeczytany w całości, żebym w końcu mogła się uwolnić od toksycznych wspomnień, żebym mogła się w końcu wyprostować i z uśmiechem iść dalej, jednak wciąż nie mam odwagi, wszystko co tu zawierałam od tak wielu lat jest bardzo osobiste. I nie jestem w stanie oddać swojej duszy i umysłu w ręce ludziom. Każdy może zranić. Skys dobrze o tym wie. Ludzie ranią bez względu kim są, jacy są. Kiedyś zranią i obracają wszystko przeciwko mnie. A treści tu zawarte mogliby wykorzystać. Boję się.


co robić dalej?

Friday, October 18, 2013

|CLXXIX| “Some people come into our lives, leave footprints in our hearts and minds, and we are never the same again.”

18 październik 2013

Czasami… Hmm, zawsze, kiedy dużo się dzieje, wieczorami siedzę i myślę – może to wyleję na bloga, ale zawsze kiedy otwieram to okno – pozostaje tylko bezsilność i bezradność. Nie wiem co napisać. A przecież tak wiele się dzieje.


Na ogół jak już to pewnie gdzieś pisałam – jestem zawieszona między dwoma miastami, w żadnym z nich nie mogę sobie zagrzać miejsca, dlatego też nie mam przyjaciół. A bardzo by mi się ktoś przydał, a więc od czego jest Echelon? W sobotę spotykam się z Echesister. Jestem nastawiona pozytywnie. Potrzebuję jakiejkolwiek stabilizacji. Co weekend jeżdżę do domu, nigdzie nie mogę osiąść, bo muszę wracać, nie mam z kim poważnie porozmawiać w cztery oczy kiedy mam problem, potrzebuję ludzi, spokoju… A tu wciąż tylko chaos. I Mikołaj, który kocha, a przy tym okazuje to tylko słowami. „Będę u Ciebie 1-12 marca”. Nie jedna kobieta w stanie wojennym gdyby dostała taką wiadomość od męża wracającego z wojny – czekałaby lejąc rzewne łzy, ale ja już czekam 5 miesięcy. Jestem zmęczona. „Postaram się też być wcześniej” 2-3 miesiące czekania. Tak długi okres czasu – około 8 miesięcy czekania kojarzy mi się z ciążą. Tylko, że dziecko jest bliżej, niż ktokolwiek, kiedykolwiek mógłby być. A on jest x kilometrów stąd. Jest mi przykro.

Moje życie czasami jest fascynujące, są etapy kiedy czuję się duszona, są momenty jak teraz – kiedy przemierzam świat 2 milimetry nad ziemią, kiedy nie czuję, że żyję, bo stopy choć chcą, nie mogą dotknąć żywej gleby. Może to stąd sporadyczne cięcie? Ból choć na chwilę sprowadza na ziemię. Choć na chwilę. Może to tylko wymówka. Jestem w trakcie terapii. Taka JA vs JA. 29 pytań, które dają do myślenia. Nie zdawałam sobie sprawę, że to już 8 lat. (Kelly, jeśli tu czasem jesteś – ogarniasz? 8 lat z tym próbuję zerwać).

Pokłóciłam się wczoraj z Wiktorem. Uznał, że samobójstwo to tchórzostwo. Wkurzyłam się niemiłosiernie. Samobójstwo to choroba, depresja, desperacja, problemy… Ludzie cenią życie. Uznają je za dar. (Bo życie jest piękne – zgodzę się z tym) Ale nikomu nie przejdzie przez myśl, że pojedynczych jednostek życie jest aktem masochizmu? Życie sprawia, że czują się skłóceni sami ze sobą? Czują, że nie powinni istnieć? Co, jeśli chcą się uwolnić od masochistycznych, bolesnych działań? Przykład? Kurt Cobain. Czytał ktoś jego biografię? Żył, cieszył się z życia (w krótkich etapach), ale od dziecka miał myśli samobójcze, później życie było dla niego zwyczajną udręką. Masochizmem. Zakończył to dużą dawką narkotyków i strzałem w usta. Co jeśli niektórzy tak odbierają życie? W mojej cichej teorii, większość ludzi, którzy popełniają samobójstwa – chcą żyć. Wiedzą, że życie jest piękne, ale chcą się wyzbyć bólu, które miażdży ich psychikę i nie pozwala dłużej żyć. Nawet taki Kurt – wierzę, że chciał żyć. Problem jest tylko taki, że ból jest nieodłączną częścią życia. Wszystko zależy od psychiki.


Może się nie znam, może nie wiem jeszcze co znaczy żyć, ale taka jest moja opinia.

Monday, October 14, 2013

|CLXXVIII| Run Away & Photographer

14 październik 2013

Zabawne, że własne urodziny – musiałam uciec z domu, a jakby było mało – mój chłopak o owych urodzinach zapomniał. So great. Mama wyjechała do Zakopanem. Odpocząć. I bardzo dobrze, ale ja musiałabym zostać w domu z ojcem sam na sam, a wiemy wszyscy, że to się już nigdy nie może stać. Więc musiałam znaleźć sobie kąt. Przygarnął mnie Arek. Dostałam nawet torta. Śpiewał mi Happy Birthday… itd… oglądaliśmy filmy, rozmawialiśmy do późna o życiu, związkach… Całkiem przyjemny weekend, tylko, że wciąż w głowie siedziały mi dwie rzeczy – to, że urodziny powinnam spędzać z rodziną, a nie uciekając, a po drugie 12 – czekałam do północy. Potem już totalnie było mi przykro, kiedy chłopak zapomniał o moich urodzinach. I nie byłabym zła, bo jak wiadomo – każdemu się zdarza, ale cholera – przypominałam mu! Fuck. No nie ważne. Wróciliśmy do internatu. Jego mama chyba mnie polubiła, a ja ją. Jest w porządku.

Pan szkolny fotograf ma tak unikalne poczucie humoru i sposób bycia, że rozwala mnie na każdym kroku. Ale są pewne rzeczy w moim umyśle, które nigdy nie wyjdą po za opony mózgowe.


Wciąż się tnę. Czasem. Jak zawsze – nie mocno, nie chcę się zabić, nigdy nie chciałam, ale to robię.

Tuesday, September 10, 2013

|CLXXVII| It’s fine

10 wrzesień 2013

Póki co wszystko jest całkiem w porządku. Obrywam pozytywne ocenki… czuję, że to się skończy kiedy nadejdą lekcje rosyjskiego. Czuję to w moczu. Fascynujące. Tak po za tym… to trochę kiepsko się czuję. Mam problem z stopami, moje życie wydaje się jakieś puste. Nikt nie chce ze mną nigdzie iść, jedynie Arek w ostatnim momencie decyduje się dołączyć do mojej wyprawy do sklepu plastycznego. Później herbata, kanapka na mieście, spacer w deszczu i do internatu. Nie ma nikogo kto by mnie gdzieś wyciągał, ciągle ja się kogoś proszę. Kwas jest dla mnie ostatnio jakoś oschła, wredna, ostra. Wkurwia mnie to. Wkurwia mnie jej zachowanie czasami. Jest świetna, ale czasem brakuje jej wyczucia. Kiedy mam problem nie mogę jej o tym powiedzieć, bo nie potraktuje tego poważnie. Jestem dla niej miła, dzielę się z nią tym czym mogę, a ona kiedy dziś poprosiłam ją o podanie mi jedzenia – rzuciła nim we mnie. No kurwa. Ja jej jedzenia jak psu i to z łaską nie rzucam. I twierdzi, że nie sięgnęłaby żeby mi podać. No kurwa, albo mi podaje albo wcale, po za tym zawsze mogłam wyciągnąć bardziej rękę i tyle, to nie… bo po co. Wkurwiła mnie.

Byłam dzisiaj w domu. Chujowo się tam czuła. Cieszył mnie widok własnego łóżka i nic po za tym. Chujnia.


Rzeczywistość internatu. Żadne kolorowe pokoje, imprezy i alkohol – tylko mleko, matematyka i rozszerzona geografia, zmęczenie i podkrążone oczy. Pozdrawiam.

Saturday, September 7, 2013

|CLXXVI| I’m tired of the waiting

7 wrzesień 2013

SONG FOR THIS MOMENT

Mam ochotę już tylko płakać. Ojciec mnie obraża, potem chce żyć ze mną, jakby nic nie zaszło. Niestety ja jestem pamiętliwa i po kolejnej krzywdzie z rzędu przestaję wybaczać. Nie chcę z nim rozmawiać. On to spierdolił. I jeszcze mówi mi, że poczeka, aż JA zmądrzeję. Jest mi przykro. Kolejna sprawa to Mikołaj. Cholera, jeśli mężczyźni żyją w przekonaniu, że kobiety szukają partnerów na wzór ojców to ja mówię temu – Hell no! Mam dość obietnic, z których nic nie wynika. Kolejny wieczór czekam, aż napisze, po tym jak powiedział, że to zrobi i po raz kolejny żadnych smsów. Potem tylko tysiąc powodów dlaczego tego nie zrobił. Jestem zmęczona. Chcę czystej relacji. „Jutro wracam wiec od jutra masz spam na tel” – BULLSHIT. To przypomina mi sytuację, kiedy ojciec mówił mi, że mnie kocha, po czym mnie zwyzywał, nazwał mnie chorą i trzasnął drzwiami. Dziękuję za takie coś. Jak ja mam w takim przypadku wierzyć, że on mnie kocha? Że mu zależy? Kiedy znowu zawodzi? Dokładnie jak ojciec. Jest mi przykro. Doszło do momentu, że ojcu zaczęłam mówić: nic od ciebie nie chcę. Ile jeszcze potrwa moja cierpliwość zanim Mikołajowi powiem: nie chcę twoich obietnic?


Czekałam cały wieczór. Jestem już tym zmęczona.

|CLXXV| Who you calling Artist?

7 wrzesień 2013

Doprawdy bawi mnie, kiedy co drugi dzieciak z liceum plastycznego tworzy sobie fanpage na facebooku np: Zielony ziemniak Art. Bawi mnie to i doprowadza do szału. Bo właśnie co drugi dzieciak nie radzi sobie z ołówkiem. Profesorzy bez przerwy powtarzają – nie rysujemy z wyobraźni tego, co można zobaczyć. Nie rysuje się wróbli z pamięci, zwłaszcza, że ich się perfekcyjnie nie zna, ani kiedy żyjemy w dobie internetu – kiedy możemy znaleźć zdjęcie takiego wróbla, ewentualnie spotkać takiego prawdziwego. Takich rzeczy nie rysuje się z pamięci bo gubi się proporcje, walory, cienie, głębię, wszystko. No i koleżanka z klasy wszędzie chwali się na facebooku i w szkole swoim genialnym osiągnięciem – ptakiem z wyobraźni, który bardziej przypomina znak Nike i przyprawia resztę szkoły o poczucie wstydu za naszą koleżankę. Każdy artysta, który się artystą nadmiernie i zbyt często nazywa – artystą nie jest. To tak jak geniusz nigdy nie nazwie siebie geniuszem. Bawi mnie to i irytuje.

Cięłam się. Dużo się cięłam w życiu, nie powiem, że już się nie tnę, bo mam jeszcze ślady po ostatnim razie, ale powoli zamieniam to na naukę, sztukę, ludzi i jest mi łatwiej. Życie jest przyjemniejsze. Potrzeba mi tylko spaceru wokół Stadionu Śląskiego. Mam potrzebę pooddychania nocnym, świeżym powietrzem i odpoczynku nad jeziorem. Ale musiałabym po to wrócić do Katowic, więc zrobię to jak tylko tam wrócę. Może w wtorek, poniedziałek wybiorę się na owy spacer.


Będzie lepiej. Wierzę w to.

|CLXXIV| Everythings looks little better

7 wrzesień 2013

Chyba nie mogę powiedzieć, że jest dobrze, ale jest dużo lepiej niż było. To bardzo pocieszające. Postanowiłam wziąć swoje życie w własne ręce, przyłożyć się do nauki, później zrobić coś sensownego z własnym istnieniem. Nie podoba mi się wizja nauki do 25 roku życia, żeby kolejne 25 lat spędzić pracując. Chcę robić coś więcej. Chcę przeżyć to życie, a żeby to zrobić – muszę się przyłożyć. Dream hard, work harder. Dotarło do mnie, że bez pracy nie osiągnę zbyt wiele. A tak po za tym ucząc się zapominam o problemach. Książki zajmują mi tyle czasu, że zapominam o wszystkim innym, ale to jest w porządku. Co więcej spotkałam się ostatnio z Arkiem. Porozmawialiśmy. Byłam z siebie dumna, że w momencie w którym miałam ochotę płakać – powstrzymałam się. Po prostu rozmawiałam, przy okazji krzyczałam. Zaczęłam głośno mówić, a potem nieświadomie krzyczeć. Biedny musiał tego słuchać. Ale naładował mi troszkę bateryjki, żebym miała siłę dalej ciągnąć własny żywot.

Wracając do szkoły to w tym roku mamy dwie pierwsze klasy, a właściwie trzy, bo jedna podzielona na pół. Ludzie całkiem w porządku, choć ci gimbazjalni są straszni. I nowi ludzie w internacie odbierają mi poczucie ‚jak w domu’, bo ciągle się przewijają, są obcy, a z obcymi ludźmi pałętającymi się pod nogami nie można czuć się jak w domu. Niestety.

Do lekcji doszła mi tzn. Pfif. Podstawy fotografii i filmu. Pan nauczyciel bardzo przyjemny, ale na dzień dobry byłam przerażona. Był uderzająco podobny zachowaniem, sposobem mówienia, ruchami, sposobem chodzenia – uderzająco podobny do Mikołaja. Nie wiedziałam jak się zachować. Bo jeśliby pominąć wygląd nauczyciela - inny od mojego pana mężczyzny – czułabym się totalnie niezręcznie. Czułam się jakbym stała przed własnym chłopakiem, kiedy stałam przed kimś zupełnie obcym. What the? Co chwile krążyła mi po głowie myśl: Ja pierdolę, boję się. – Ale fotografia fajny przedmiot i fajny nauczyciel. Zwiedziliśmy studia fotograficzne i … ciemnię. Facet zgasił światło i nigdy nie byłam w takiej ciemności. Aż kusiło, żeby kogoś dotknąć. Mój umysł wymyślał różne scenariusze dzikiego seksu … bez obrazu – bez wyobrażenia sobie ciał i spojrzeń – bo było kompletnie ciemno. Zaczęłam myśleć nad tym jak wyglądałaby godzina czy może dwie podczas zatrzaśnięcia się w takim pokoju z ukochaną osobą i wyłączeniu światła. Kiedy widzi się tylko czerń. Zostaje zupełnie wyłączony jeden ze zmysłów. Nie można obejrzeć czyjegoś ciała. Trzeba je zbadać rękoma. Fascynujące. Kolejny nowy przedmiot to snycerstwo, ale to mi się nie podoba. Ja lubię rąbać drewno. Wyżywać się na nim, a nie go skubać, dłubać, ryć i rzeźbić. Nie wytrzymam tego – zwłaszcza nie z takimi dwoma profesorami, którzy tworzą razem mieszankę wybuchową. Oni nie lubią siebie, my ich, a oni nas. To nie będzie miły semestr. Rzeźba jak zwykle ciężka w projektowaniu – jak zwykle nikt nie ma żadnych pomysłów. Czas wziąć się do roboty. Czas najwyższy wziąć długopis w dłoń i zacząć kreślać notatki.


Chyba nigdy nie wstawiałam tutaj swoich zdjęć. Może to pora żeby zacząć?

Tuesday, August 13, 2013

|CLXXIII| Freaking out.

13 sierpień 2013

Jestem z dnia na dzień coraz bardziej zmęczona. Tak bardzo, cholernie zmęczona. Wszystko mnie dobija. Ojciec wpędza mnie w jakąś depresję, moją mamę również – już bierze leki. Kiedy przyjdzie kolej na mnie? Świat mój tak bardzo zmęczony. Śnią mi się głównie koszmary, w domu ciężko, mama znów musiała ode mnie pożyczyć pieniądze. Chłopak? Ciągle pracuje. Teraz ma wolne, to znowu go nie ma i nie odpisuje na smsy. Jestem tym wszystkim zmęczona. Chciałabym, żeby było dobrze. To tak wiele? Chcę wracać do domu i czuć miłą atmosferę, ciepło rodzinne, spokój, chcę czasem popisać z chłopakiem, przed moim wyjazdem, chcę normy. Nie radzę sobie z tym wszystkim. Staram się być silna, nie łamię się. Nie ma łez, ale jest dużo agresji i złości. Dziś znów miałam ochotę się pobić – ojciec mnie wkurwił. To są chyba jedne z najgorszych wakacji, kiedykolwiek. Tyle siedzenia w domu, tyle znoszenia ojca, tyle duszenia tego w sobie. Źle się czuję. Cholernie źle. Duszę to w sobie, walczę z tym, ale nie jest dobrze. Dziś pojechałam z Kwasem do Katowic. Zakupy, dobra kawa, spacer, wygłupy… Było naprawdę fajnie, ale zauważyłam jedno. Dużo krzyczałam. Niby głupoty, niby nie głośno, ale krzyczałam. Często. Jakbym podświadomie chciała wyrzucić siebie frustrację krzykiem. Rzadko mogę pokrzyczeć, a tak często mam taką potrzebę… Mam wiecznie zaklejone usta. Byłyśmy w Saturnie, zaczęłam krzyczeć, że szukam majtek. Głupota, dużo śmiechu, ale krzyczałam, ale był też moment, że przechodziłyśmy obok dużego garażu. Krzyknęłam. Pisnęłam. Poczułam się lepiej, uśmiechnęłam. Później usiadłyśmy w przejściu podziemnym i głośno śpiewałyśmy. Jakiś pan zapytał, dlaczego nie gramy. Zaśmiałyśmy się że nie mamy przy sobie gitary, nie potrafimy grać i że tylko śpiewamy, tak po prostu, nawet nie chcemy pieniędzy. Pan się ciepło uśmiechnął. Śpiewałyśmy dalej. „Kiedy byłem małym chłopcem” , Dżem, Marsów – Up in the air, The Kill, City of Angels, Kings and Queens; Potem Hallelujah, Gdzie ci mężczyźni, Pretty woman, It’s raining men… Po prostu głośno śpiewałyśmy i dałyśmy naszym głosom odbijać się z echem.

Mam ochotę krzyczeć.