Monday, June 25, 2012

|CLII| Szczęście wynikające z szczęścia drugiego człowieka

25 czerwiec 2012

Szczęście wynikające z szczęścia drugiego człowieka to jeden z najwyższych stanów euforii. Sama dziś tego doświadczam. Naprawdę, ciepło mi się robi na serduszku, kiedy przypomnę sobie ten jego dzisiejszy radosny ton. I to ‚kocham Cię’ co sekundę mówione, albo lekko wykrzykiwane z taką dozą radości, że człowiek nie może się nie uśmiechnąc. Chciałabym, żeby tak było zawsze. Ba! Chciałabym, o ile to możliwe – żeby było jeszcze lepiej. Najważniejsze jest to, że się cholernie kochamy, że mamy siebie nawzajem i… posiadamy plany. Tak. Jeśli one wypalą, będę najszczęśliwszą kobietą w galaktyce. Plan w sumie prosty… Mikołaj, Tatuś (jego przyjaciel) + samochód. Pakują się do niego, jadą do Warszawy po laskę tatuśka i… prosto do mnie. Pod namioty. Oh bosko. Jeszcze trochę, a zacznie mi się to śnic.

Wbiłam na bloga jednej z nowych czytelniczek (?) i dojrzałam ciekawy temat. Pomyślałam, że go z lekka… ukradnę. Więc… Godzina 23:55 dostaję sms’a od przeznaczenia, że moje życie skończy się za 24 godziny. Co robię? (nie wiem, czy już kiedyś takiej wizji nie opisywałam, ale napiszę taką świeższą wersję) Na dzień dzisiejszy pierwsze co mi przyszło do głowy to: pociąg do Grudziądza. Ale! Najpierw do 3 rano zagadałabym mamę i wyjaśniła sytuacje, powiedziała jej gdzie i po co chcę jechac. Nawet jeśli by protestowała – spakowałabym co mi potrzebne i poszła na autobus, który jest ok.4. Ale wcześniej bym się pożegnała. Pojechałabym do Katowic i tam wsiadła w pociąg. Byłaby około 5 rano. W pociągu zadzwoniłabym do marty bo jako jedyna pewnie by już nie spała. Potem przespałabym się z godzinę – byłaby 7 rano. O tej godzinie kupiłabym sobie gorącą, aromatyczną kawę i dzwoniła do każdej najbliższej mi osoby po kolei. Najpierw do Steffy, potem Koko, Czoper, Steff, do sióstr i innych bliskich. Na końcu do Mikołaja. Ale po prostu spytałabym co u niego i uprzedziła, żeby po 14 już nie wychodził z domu. Jechałabym, jechała, czytała spokojnie książkę, słuchała muzyki, potem poszłabym do innego przedziału porozmawiac z obcymi ludźmi. Chodziłabym z wagonu do wagonu czując się jak w ‚Alef’ie – Paulo Coelho. Kiedy dojechałabym Do Aleksandrowa jechałabym przez Ciechocinek i inne dziury aż do Grudziądza. Znalazłabym ulicę, znalazłabym budynek, mieszkanie, drzwi i zapukała, czekając, aż ktoś otworzy. I w zależności kto by mi otworzył powiedziałabym coś innego. Jeśli rodzice to kulturka – Dzień dobry, ja do Mikołaja. Jestem jego dziewczyną, zaprowadzi mnie pani do jego pokoju? – Pewnie miałabym łzy w oczach. Albo już dawno mokre policzka od łez. Mam nadzieję, że by mnie wpuścili. Wpadłabym do pokoju i zwyczajnie mocno się przytuliła i powiedziała, że kocham. Nic wielkiego. Potem poszlibyśmy nad Wisłę, do parku… Dużo rozmawialibyśmy. Może poznałby mnie ‚na żywo’ z Tatuśkiem. Byłaby pewnie 17-18 godzina. Poszlibyśmy coś zjesc i wrócili do domu. Kolejne godziny totalnej bliskosci. A wieczorem, późną nocą nawet wymknęłabym się nad Wisłę i tam skończyłby mi się czas. A jeśli nie… zostałabym tam pewnie na dłużej.

A tak w ogóle to to jest tylko piękne wyobrażenie. W rzeczywistości byłaby panika i ciągle wisiałabym na telefonie i kazałabym mu do siebie przyjechac. Ciągle bym płakała. Biegała po pagórkach między blokowiskami jak porąbana i myślała nad sensem wszystkiego. Ale napewno spędziłabym te chwile z najbliższymi. I w obojętne jaki sposób, byleby byc szczęśliwą.

„-Myszka?
-Hmm?
-Wiesz co ci powiem?
-Słucham.
-Cholernie Cię kocham.”

No comments:

Post a Comment